Strefa Pisania

„Nie przygotowuj się do pisania jak do mszy świętej” – rozmowa z Sylwią Chutnik

Pisanie to jest edukacja estetyczna, rozumiana jako upiększanie siebie, dbanie o kulturę, sztukę w różnych rejonach naszego życia. I to mnie interesuje w takich warsztatach.

Marzena Boniecka: – Całkiem niedawno obroniłaś rozprawę doktorską – bardzo Ci gratuluję! Myślę, że to duży sukces i tytaniczna praca, zwłaszcza, że nie skupiałaś się tylko na tym.

Sylwia Chutnik: – Dziękuję. Oj tak… Ale udało mi się zrobić to w ciągu pięciu lat, dokładnie tak, jak sobie to zaplanowałam. Cieszę się, że nie rozciągnęłam pisania na lata. Zresztą pracowałam nad tematem, życia codziennego w Warszawie w latach pięćdziesiątych, który mnie interesował i interesuje nadal, więc nie obrzydziłam go sobie (śmiech). 

Tak, nie przeciągać pisania w nieskończoność to jest duża sztuka. Wiem to po sobie. A jak oceniasz – jako pisarka – pisanie pracy naukowej? Jak wyglądają różnice z Twojej perspektywy w pracy nad tekstem nieliterackim? 

Zanim napisałam doktorat, to opublikowałam sporo artykułów naukowych. Ale muszę powiedzieć, że pisanie pierwszych tekstów naukowych było dla mnie mordęgą. Zwłaszcza z powodu – niepokojącej według mnie – tendencji w polskich i nie tylko, tekstach naukowych. To znaczy, używanie możliwie nieprzejrzystego języka, a zarazem komunikatu.

O tak, dokładnie…

Czasami się o tym mówi, ale raczej nic się z tym nie robi. A ja, czytając niektóre teksty naukowe, byłam po prostu oburzona. Uważam, że jeżeli ktoś odbiera edukację – jednak w dużej mierze bezpłatną – to pewnym jego obowiązkiem jest przekazać wiedzę, którą nabył, w taki sposób, aby była ona zrozumiała dla innych.Oczywiście, to zależy też od kompetencji odbiorcy, ale treść tekstu powinna być w miarę przejrzysta dla osób, które nie siedzą w temacie. Dla mnie właśnie to jest najważniejsze. I myślę, że gdzieś w porę znalazłam złoty środek między pisaniem zrozumiałym a pisaniem naukowym. 

Poza tym przydał mi się mój warsztat pisarski w ogóle. Taki warsztat rozumiany rzemieślniczo. To znaczy – ponieważ ja piszę codziennie i robię to od lat, poniekąd utrzymując się z tego i to są różne teksty – byłam w stanie wejść w buty tekstu naukowego i w taki sposób planować pracę nad nim, że nie było to dla mnie bardzo problematyczne. A ponieważ jestem powieściopisarką, to w przypadku doktoratu nie miałam lęku przed długim dystansem. Myślę, że jeśli ktoś nie ma takiego doświadczenia, to wizja doktoratu na ponad dwieście stron może nieco przerażać albo nawet paraliżować. Nie dać możliwości rozwinięcia skrzydeł, a czasem nawet rozpoczęcia. 

Wspomniałaś o „złotym środku”, czyli rozumiem, że udało Ci się wypracować jakiś własny styl między dyskursem naukowym a literackim?

Tak, dokładnie. Choć oczywiście ja swój styl pisania mam już wypracowany. Mordęga, o której mówiłam, wiązała się również z tym, że kiedy na samym początku zaczęłam pisać teksty naukowe, miałam dużo kompleksów. Wydawało mi się, że nie jestem w stanie pisać aż tak naukowo. Potem udawałam, że to umiem robić, co powodowało, że moje teksty były niezjadliwe i bez sensu. A potem odkryłam, że większość z nich można streścić w jednym zdaniu, a cała reszta treści to słowna wata. I zaczęłam z tym walczyć. Dlatego wyszłam z założenia, że chcę, aby moje artykuły naukowe i doktorat były zrozumiałe dla ludzi, którzy nie są w temacie. Bycie komunikatywną w pisaniu było i zawsze będzie dla mnie priorytetem.Nauczyłam się tego przy felietonach. Tam najlepiej wyraża się emocje i własne zdanie, w taki sposób – ponieważ to jest bardzo subiektywny tekst – żeby przekonać kogoś do swoich racji. I tu działa coś, czego często brakuje w tekstach naukowych, czyli pisz tak, żeby inni mogli cię zrozumieć i przekonać się do twojego światopoglądu. Wprowadziłabym jeszcze do naszej rozmowy postać mojej promotorki, prof. Małgorzaty Szpakowskiej, która zawsze pilnuje, żeby to moje pisanie naukowe nie było bełkotem.

Akurat w tym przypadku promotorka była Twoją pierwszą czytelniczką. W powieściach jest nim redaktorka lub redaktor. Wszystko po to, żeby niezależnie od rodzaju tekstu spotkać się z czytelniczką/czytelnikiem.

Tak, wspomniałam o tym właśnie dlatego, że w tekstach literackich główną rolę takich opiekunów odgrywają redaktorzy prowadzący wydawnictwa bądź już redaktorzy, którzy siedzą i skubią nasz tekst. To osoby, które mocno pochylają się nad pisaniem autorki czy autora. Poprawiają je, zmieniają, żeby było ono „strawne” – mówiąc wprost. Ich rola jest bardzo ważna, ponieważ po jakimś czasie nie jesteśmy w stanie zobaczyć własnego tekstu. I to jest ten moment, w którym powinna wkroczyć inna osoba i pomóc nam sprawić, żeby ten tekst był jak najbardziej zrozumiały. Uważam, że podobnie powinno być również w przypadku wypowiedzi naukowych. 

Mnie się nie chce szpanować i bajerować, kim to ja nie jestem. Ile to ja nie przeczytałam, czego to ja nie wymyśliłam. Mnie to nie interesuje. Ja piszę – i mówię już teraz o tekstach literackich – o trudnych rzeczach, więc dodatkowo muszę starać się, żeby to było jakoś blisko czytelnika. Żeby on te moje smuty chciał poczytać. Poza tym, istnieje tak wiele książek i tekstów na świecie, że ja naprawdę muszę wiedzieć, po co swoim pisaniem zawracam komuś głowę. Maksymalnie więc pochylam się w stronę odbiorcy. Zdarza mi się też, że piszę czasem tylko dla siebie. Albo inaczej… piszę tak, że nie interesuje mnie odbiorca, ale to są najczęściej teksty, których nie daję do druku.

I co potem robisz z tymi tekstami? 

(Śmiech) Chomikuję! Czasami je zmieniam i gdzieś tam wplatam, a czasami po prostu sobie są. Bardzo lubię pisać, więc muszę mieć również teksty dla siebie. Nie mogę tak cały czas wydawać.

Myślę, że z perspektywy energii pisarskiej jest to zdroworozsądkowe. Nie rozmieniasz się na drobne. Masz zapas słów, z których w razie potrzeby możesz korzystać. Często mówię innymi, żeby zakładali swoje banki słów – niezależnie od tego, co piszą. I wiem również po sobie, że to się sprawdza. Ale wróćmy jeszcze na moment do tej „naukowości”, która nam jakoś w tej rozmowie wybrzmiała. Co sądzisz o nauce pisania w szkołach, uniwersytetach? I nie chodzi mi tutaj o odrębne kierunki poświęcone twórczemu pisaniu. Ale o takie pisanie włączone np. w lekcje języka polskiego?

Jeszcze na studiach, a studiowałam w czasach, w których nie było licencjatu, więc od razu musiałam pisać pracę magisterską – a w trakcie prace roczne – brakowało mi warsztatu pisarskiego. I pracowałam trochę po omacku. Myślę, że gdyby ktoś wtedy zadbał o to, żeby nauczyć mnie konstrukcji tekstu, nawet nie mówię już o jakimś kreatywnym pisaniu, to byłoby mi nie tylko łatwiej, ale osiągnęłabym lepsze rezultaty. Ja sama ze studentami włączałam elementy „nauki pisania”, nauki rozumianej jako myślenie o tekście, planowania go, zwracania uwagi na najważniejsze rzeczy. Prowadziłam zwykle takie mini wykłady o pisaniu, warsztaty między zajęciami lub po prostu włączałam je do zajęć. I dbałam o to, żeby to pisanie było możliwie jak najbardziej uniwersalne. To znaczy, żeby ta wiedza przydała się im – no właśnie, chociażby do tekstu naukowego, licencjatu, magisterki, jak i innych gatunkowo tekstów.

Poza tym, zajmuję się też czymś, co nazywa się „kreatywne pisanie”, choć nie lubię tego sformułowania, bo uważam, że każde pisanie jest kreatywne. Teraz na przykład będę prowadziła na Uniwersytecie HUmoanistycznospołecznym w Warszawie taki kurs, natomiast na Uniwersytecie Warszawskim włączałam go w swoje zajęcia. A od kilku lat działam również w Maszynie do Pisania oraz sama organizuję inne, jednorazowe warsztaty w różnych miejscach Polski.

Właśnie, nie masz wrażenia, że Maszyna do Pisania oraz inne tego typu szkoły, warsztaty (ich popularność), to odpowiedź na pewien znaczący brak? Bo ja rozumiem pisanie jako formę wypowiedzi, wyrażania siebie, możliwość rozmowy. Szkoła jakoś nie do końca potrafi temu sprostać. Jeśli chodzi o uczelnie, różnie bywa. A my, jako ludzie, bardzo tego potrzebujemy i często mamy z tym problem. Jasne, umiejętność zrobienia bibliografii jest potrzebna, ale nie tylko to. Jak uważasz?

Mam takie doświadczenia, że listy na kursy pisania zapełniają się w sekundę. Kiedy prowadzę warsztaty bezpłatne, to zgłasza się po 100, 200 osób i trzeba wprowadzać limity, dodatkowe zadania typu próbka tekstu. Zainteresowanie jest niesamowite, więc takie sytuacje o czymś świadczą. Poza tym zajęcia z pisania trafiają do różnych grup. Prowadziłam kursy pisania w areszcie śledczym męskim, dla gimnazjalistów, uniwersytetu trzeciego wieku, dla młodych mam z ich dziećmi. 

I od czego wtedy zaczynasz?

Zaczynam zwykle od rozmowy na temat różnych niemożności pisania i wewnętrznego krytyka, prokrastynacji. Takich bardzo powiedziałabym rozmów wręcz zahaczających o psychologię. Ja oczywiście nie mam takich kompetencji…

Ale masz wrażliwość humanistyczną i pisarską, to czasem wystarcza. 

Taką mam nadzieję. Dlatego myślę, że nie przekraczając żadnych osobistych granic, pisanie powoduje w tych ludziach uwolnienie. Zdaję sobie sprawę, że nie nauczę ludzi pisać w kilka godzin, ale mogę im pomóc przezwyciężyć twórcze, a czasem życiowe niemoce. Pod tym względem czasem warsztaty pisania nie dotyczą tylko pisania, ale wielu, wielu rzeczy, które się na to składają. Znam sporo pisarzy, pisarek, którzy i które krytykują szkoły kreatywnego pisania. Zgadzam się z tym argumentem, że jest to działanie komercyjne, ukłon w stronę rynku, być może niekoniecznie związanego z literaturą. Znam to z własnego doświadczenia, będąc jurorką w różnych konkursach pisarskich, gdzie z 200 tekstów, tak naprawdę tylko 20 jakoś się wyróżnia. Jestem więc w stanie te podejrzenia i wątpliwości innych zrozumieć. Ale mnie interesuje w tym proces twórczy jako element życia człowieka. I to jest dla mnie ważne w prowadzeniu warsztatów pisania. Ja bardzo wierzę w to, że jak ludzie zajmą się sztuką, to przestaną robić głupoty. Zachęcam do tego ludzi, bo mam przekonanie, że kiedy zaczniemy dbać o naszą artystyczną wrażliwość, to inaczej będziemy urządzać świat. Pisanie to jest edukacja estetyczna, rozumiana jako upiększanie siebie, dbanie o kulturę, sztukę w różnych rejonach naszego życia. I to mnie interesuje w takich warsztatach.Ja też jestem bardzo praktyczna, więc staram się przekazywać bardzo konkretne informacje dotyczące konstrukcji tekstu, prowadzenia bohaterów. Więc moje warsztaty są nie tylko spotkaniem o tym, co chcielibyśmy robić w życiu, choć od tego zaczynam. Mówię ludziom, że też mam problemy z pisaniem. Ja, czyli osoba, która bardzo dużo pisze, pracuje, a jednak moje teksty powstają. To znaczy, że z tym pisaniem u innych da się coś zrobić. 


Świat jest pełen nienapisanych książek, za to gotowych pisarzy. Ludzie bardzo lubią rozmawiać o swoich tekstach. Niestety nie piszą. 

Czyli z jednej strony uczysz bardziej praktycznego pisania, a z drugiej jednak – niezależnie od formy tekstu – Twoje warsztaty mają uruchomić w ludziach ten twórczy pierwiastek. Nawet, jeśli te osoby nie mają ambicji, żeby napisać powieść. 

Wszystkie mają! (śmiech) Jedni są w trakcie pisania, inni dopiero mają zamiar, jeszcze inni chcą pisać swojego bloga. Głównie takie osoby przychodzą na moje zajęcia z pisania felietonów. Jest zawsze jakiś procent ludzi, którzy chcą się przebranżowić. Wydaje się im, że zawód pisarza to jest taki sam zawód jak każdy inny. I tak, w pewnym sensie jest. Ma nawet swoje PKD. Jednak mimo to przebranżowienie się z account managerki na pisarkę jest dosyć trudne, ale oczywiście da się zrobić. Z tym że, niestety, oczekiwania tych osób opierają się na stereotypach, na takim dość romantycznym obrazie pisarza. Pisze się przy biurku, zarabia się pieniądze i właściwie tyle. I generalnie można z tego żyć. Temat finansów również się pojawia na moich warsztatach. Nie uciekam od niego, wręcz go inicjuję i pokazuję prawdziwe oblicze zawodu pisarki, pisarza w Polsce.Nie po to, żeby podcinać skrzydła, ale żeby uświadomić innym realia. A znam je przecież z własnego doświadczenia. 

Widzisz wtedy rozczarowanie? 

Rozczarowanie, a właściwie niedowierzanie. Ponieważ my jako naród lubimy sobie pomarudzić, więc to moje zdystansowanie do zarabiania góry pieniędzy na pisaniu brane jest raczej za przesadę. A ja zawsze podkreślam, że ja żyję z pisania i robienia różnych rzeczy wokół pisania. Mi się to udaje i takich osób też jest trochę na rynku. Więc nie jest to znowu całkowicie nierealne. Jednak dbam o to, żeby moje warsztaty to nie była opowieść pt. „Wystarczy, że wydacie książkę i Wasze życie będzie super”. Ja jestem po to, żeby powiedzieć ludziom, że to nie będzie takie proste.

Poza tym w Polsce nie ma kultury mówienia o zarobkach. Niespecjalnie między sobą potrafimy o nich rozmawiać. A paradoksalnie, dlatego, że się nie mówi o zarobkach, napięcie rośnie, a wyobraźnia pracuje.Osoby, które przychodzą do mnie na warsztaty również przynoszą ze sobą niesprawdzone informacje lub własne wyobrażenia. Ja wszystkim życzę, żeby mogli żyć z pisania, ale moją rolą jest to, żeby uświadomić ich, jakie są realia pierwszej umowy i debiutu. Zresztą o te kwestie najczęściej mnie pytają uczestnicy warsztatów – jak zadebiutować? Co zrobić? Gdzie się wybrać?

I co wtedy odpowiadasz? Od czego powinny zacząć?

Powinny zacząć od pisania, bo często o nim zapominają (śmiech). Mają już przygotowaną mowę dziękczynną po otrzymaniu nagrody Nike, ale książka nie jest jeszcze gotowa. I mówię to serio. Ludzie zapominają o tym drobnym szczególe, jakim w tym przypadku jest pisanie. Świat jest pełen nienapisanych książek, za to gotowych pisarzy. Ludzie bardzo lubią rozmawiać o swoich tekstach. Niestety nie piszą. 

A widzisz, przypominał mi się filmik, który dostępny jest na YouTubie. Podajesz w nim 10 krótkich wskazówek dotyczących tego, jak „Jak pisać”. Jedna z nich bardzo do mnie przemówiła, cytuję: „Nie przygotowuj się do pisania jak do mszy świętej”. Jak to się dzieje, że łatwiej nam mówić o tym, co chcielibyśmy napisać niż pisać? 

Dzieje się to z powodu strachu i lęku przed tekstem. I to jest sytuacja bardzo złożona, bo mamy krytyka wewnętrznego i zewnętrznego. Nie wiemy, jak to zrobić, nie mamy wiedzy, czasem pojawia się niemoc. Ale zazwyczaj głównym czynnikiem jest strach. Albo po prostu lenistwo. Takie samo jak to, które towarzyszy nam czasem, gdy musimy posprzątać kuchnię. Po prostu nie chce się nam. Na to wszystko często nakłada się obraz romantycznych poetów, którzy zanim umarli na gruźlicę, to pisali w jakimś szale twórczym. Nie, to się raczej nie zdarza. Po prostu trzeba usiąść na tyłku i pisać. Nie czekać na natchnienie, pogodę, czas. Nie czekać na nic, tylko pisać. 

Dlatego u mnie na warsztatach się pisze. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której przez 8 godzin mówię, a potem ludzie idą do domu i dopiero to robią. Najczęściej, jeśli są to kilkudniowe warsztaty, to tak się kończy, ale wtedy też piszemy na zajęciach. Nie ma sensu tego odkładać.

A co Ty robisz, żeby nie odkładać pisania na później? Jak znajdujesz na to czas? Ile godzin dziennie piszesz? 

Różnie. Czasami cały dzień, czasami godzinę, bo muszę szybko napisać tekst i wysłać go do redakcji. Nikt przecież nie będzie na mnie czekał. Mnie nie przerażają deadline’y.  To jest raczej dla mnie bat, dzięki któremu działam. Nie rozkminiam tego, kiedy znajdę czas. Muszę go mieć. 

Poza tym znam siebie i swoje procesy twórcze, więc jest mi łatwiej. Dlatego powtarzam swoim kursantom, że mogę im przekazać 10 różnych sposobów na pisanie, ale to oni muszą je wszystkie sprawdzić i dopasować do siebie. A można to sprawdzić tylko w jeden sposób – pisząc. I nie ma tutaj żadnej filozofii. Pisanie to rzemiosło.Można mieć talent, iskrę bożą, zwał jak zwał. Ale nawet jeśli będzie się miało ten talent, a nie będzie się pisać, to się tego nie wykorzysta. Wiele rzeczy przychodzi w trakcie pisania, dzięki temu poznajemy siebie i swoje nawyki dotyczące procesu twórczego. Łatwiej nam wtedy jakoś tym sterować. A im więcej i częściej to robimy, tym mniej potrzebujemy myślenia, ile czasu nam to zajmie. Sami musimy zadecydować, czy oglądamy serial na Netflixie, czy piszemy. To nasza decyzja. Żadne warsztaty nie zrobią tego za nas. Ludzie lubią sobie komplikować życie. Wydaje się im, że jak mają biegać, to muszą najpierw kupić najlepsze ciuchy i przeczytać o tym 5 książek. Tymczasem najpierw trzeba zacząć i zobaczyć, czy to jest dla mnie. Potem porozmawiać o tym z kimś, a potem iść na kurs. Ale przez ten cały czas robić to. Tak samo jest z pisaniem. Może się przecież okazać, że wcale tego nie lubimy i nie ma w tym nic złego. Nie wszyscy przecież muszą pisać książki. 

Przypomniały mi się warsztaty, które prowadziłaś w Warszawie przy okazji akcji „Czytamy dla mamy”. Opowiadałaś wtedy o blokadach swoich, ale też innych znajomych pisarek i pisarzy. Była taka historia, nie pamiętam już niestety nazwiska, pisarza, który w trakcie pracy wędrował wokół stołu, bo musiał te zdania „wychodzić”.

Tak, tak to pisarka była! (Śmiech)

A jak Ty robisz, kiedy piszesz? Wyłączasz wszystko? Zaszywasz się gdzieś?

Tak, chociaż czasami muszę napisać coś w miejscu publicznym i to jest dla mnie zgroza. Nie lubię tego, ale nie mam wyjścia. A najlepiej mi się pisze, kiedy siedzę u siebie w domu przy biurku, gra radyjko. To jest dla mnie najlepszy sposób na pracę. Mam wyłączony telefon itd. Natomiast cały czas zbieram pomysły na różne swoje felietony lub teksty. Zapisuję je lub zapamiętuję. A potem w razie potrzeby mogę do nich sięgnąć. Więc dylemat o czym pisać mam dzięki temu z głowy. Kiedy muszę, to siadam i piszę. Czasami mam temat, czasami przychodzi pierwsze zdanie, a czasami mam końcówkę. Ja jestem entuzjastką pisania, po prostu pisania. Potem się okaże, czy mam wstęp, rozwinięcie, zakończenie. Mogę ten tekst dowolnie kształtować. 

Kiedy piszesz dbasz głównie o treść, przekazanie myśli? Czy bardziej skupiasz się na poprawności językowej? Od razu poprawiasz siebie i pilnujesz?

Najpierwpiszę myślą, a potem martwię się o całą resztę. Mam główny temat, coś w rodzaju stelażu, rusztowania, na którym trzyma się tekst, a potem patrzę, czy ten akapit, czy kolejny. A potem robię ozdobniki, żarcik, szlifowanie tekstu. Czasami piszę skrótowo, a potem rozwijam te myśli. Czasami zdarzy mi się napisać coś od pierwszego zdania do ostatniego Nigdy nie czekam na to, aż temat jest do końca ułożony. Piszę o czym chce, w momencie, w którym mogę, bo nie ma sensu czekać. 

Mam wrażenie, że to jest bardzo szkolne, to dbanie o poprawność na pierwszym miejscu. Pisanie według schematu wstęp, rozwinięcie, zakończenie. I to potrafi bardzo blokować. 

Tak, bo to zabiera czas, który można poświęcić na pracę twórczą. A to jest dla mnie najważniejsze. Dla mnie tekst jest pracą intelektualną, który polega na obmyśleniu go w taki sposób, żeby był zrozumiały dla reszty. A czy tam jest przecinek czy nie, to kwestia końcowa. 

Czułaś kiedyś strach przed pisaniem? 

Tak, cały czas go czuję. (Śmiech). To są problemy, które cały czas przeżywam i o których mówię na warsztatach. Nie wychodzę z pozycji: „ja to przeszłam i teraz powiem państwu jak to ominąć”. Nie. Przechodzę to codziennie i codziennie zaczynam od początku. Proces nauki pisania nie jest przecież procesem skończonym. Cały czas od nowa trzeba się zmagać z różnymi rzeczami. Czasem wydaje mi się, że napisałam pięć super tekstów, a szósty jest beznadziejny, bo nie umiem go napisać, bo mi nie wychodzi. I nagle mam poczucie, że wracam do początku. Każdy tekst jest wyzwaniem. Zawsze się z czymś przy pisaniu mierzymy. Tu nie ma miejsca na schematy. 

Myślę, że najważniejsze, że nigdy ten strach nie zablokował Cię na tyle, że nie potrafiłaś ruszyć z miejsca. 

Nie, na to sobie nie mogę pozwolić. 

I ostatnie moje pytanie, kto może zostać pisarzem lub pisarką? 

Ten, kto ma coś do powiedzenia. 

Rozmawiała Marzena Boniecka 

Redakcja – Agnieszka Wójtowicz-Zając, Marzena Boniecka

„Nie przygotowuj się do pisania jak do mszy świętej” – rozmowa z Sylwią Chutnik

Jedna myśl na “„Nie przygotowuj się do pisania jak do mszy świętej” – rozmowa z Sylwią Chutnik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przewiń do góry