Strefa Pisania

Filip Wolny „Zapiski z doskonałego życia” – fragment XIII ostatni

Wyszedłem z pokoju i poszedłem do dużej kuchni na piętrze. Zniecierpliwiony tłum zgromadził się, nie wiedząc o co chodzi, ale żywo reagując na wszelkie plotki.

            – Podobno złapali złodzieja jedzenia – mówił ktoś. 

            – Podobno znaleźli sens tej pracy – odezwał się ktoś inny. 

            – Jak tyle rzeczy się znalazło, to może ktoś wreszcie odnalazł mój urlop z zeszłego roku? System źle go policzył – krzyczał jeszcze inny. 

(…)

– Współpracownicy! Źle się stało, ale dobrze się stało, że właśnie tak się stało! Nie mogło być lepiej! A teraz możemy sprawić, że wreszcie będzie dobrze! Nawet jeśli nie osiągniemy wszystkiego, co można by osiągnąć, to i tak osiągniemy wszystko, co jest do osiągnięcia! Na barykady współpracownicy! Oto widzieliśmy silną rękę tyranii, która trzymała nas w garści, ale nie daliśmy się jej stłamsić. Wzięliśmy tę rękę i zamknęliśmy ją w pokoju, skąd nie sięgnie już nas swoimi mackami. Ta ręka została odrąbana. I teraz nadszedł czas, aby iść dalej. Dopiero stoimy nad przepaścią, ale najważniejszym jest, żeby razem zrobić ten krok do przodu. Odzyskamy godność i odzyskamy to, czego nigdy nie mieliśmy! 

            – Nie mam pojęcia, o czym on pierdoli – powiedziałem do gościa, który stał obok i wykrzykiwał: „Hip hip hurra!”

            – Ja też – powiedział. – Ale mówi to w taki sposób, że chcę, żeby został moim przywódcą. 

            – Teraz dalej! – Przemek kontynuował swój szaleńczy wywód. – Dalej na Ajti, dalej odbijemy help desk za te wszystkie nieodebrane telefony i za te restarty komputerów! Dalej na haery za źle wyliczone urlopy, dalej! Hejże dalej na rekrutację za te wszystkie tygodnie bez odzwaniania! Razem na dział szkoleń za godziny słuchania o zapobieganiu praniu pieniędzy! Nie spoczniemy, póki nie odzyskamy godności. Byliśmy w ruinie, ale wstajemy z kolan! Poprowadzę was! Być może różnimy się, ale w tej szczególnej chwili, znajdziemy coś, co nas wszystkich łączy. Ja będę tym czymś. Część z was będzie lewą nogą, część nogą prawą, a ja będę dla was tym po środku! Pomożecie?! 

            – Pomożemy! – odpowiedział dumnie tłum. 

            – To jazda! Tylko niczego nie zepsujcie, w końcu to nasze miejsce pracy!

            Przemek ruszył przed siebie, a dziki tłum podążał za nim, zagrzewając się do boju okrzykami. 

(…)

Tym razem drzwi były otwarte, pchnąłem je lekko, a następnie odsunąłem kawałek cegły, aby zamknąć za sobą budynek. Gdy znalazłem się pod swoim mieszkaniem, okazało się, że te drzwi również są otwarte. Mogło oznaczać to tylko dwie rzeczy – albo Puszek nasrał w moim mieszkaniu, albo mam innego, mniej mile widzianego gościa. 

            Szukałem broni, szukałem czegokolwiek, co mógłbym wykorzystać do obrony własnej. Wszedłem do korytarza i idąc na palcach podszedłem szafki z butami. Z braku lepszego miejsca, chowałem tam młotek – jedyne narzędzie, które wydało mi się być przydatne w tym momencie. Próbowałem otworzyć drzwi szafki, a gdy zaskrzypiały, usłyszałem, jak ktoś krzyczy do mnie w języku gwiazd Hollywood (nie chodzi mi o hebrajski):

            – Jak już skończysz się skradać, to zapraszam tutaj. Jestem w twoim salonie. 

            W salonie, na kanapie siedział nienagannie ubrany facet. Miał pewnie z pięćdziesiąt lat, starannie uczesane czarne włosy, z lekkimi oznakami siwizny. W sumie był mniej siwy niż ja. Czytał dzieła zebrane Oscara Wilde w oryginale, książkę, którą kupiłem kiedyś na targu staroci. Popijał również kawę z mojej filiżanki. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Syf był straszny – rzeczy porozrzucane po całym pokoju, brudne ubrania leżały na stole, a podłoga kleiła się od rozlanych płynów. Odetchnąłem z ulgą. Wszystko było dokładnie tak, jak zostawiłem, gdy wychodziłem rano do pracy. 

            – Bardzo bałaganisz – przerwał cisze mój gość. – Nic nie mogłem znaleźć w tym syfie. Ale sam w twoim wieku tez taki byłem. Potem człowiek się statkuje, znajduje kobiety i zaczyna żyć inaczej. Gdzie moje maniery, jestem Ross – przedstawił się. – Ale mam wrażenie, że to akurat wiesz. 

            – Domyśliłem się – odparłem. 

            – No tak, jesteś bardzo domyślny. A właśnie, muszę ci pogratulować wywołania buntu. Byłem pod ogromnym wrażaniem. Mamy tyle placówek, tyle biur w różnych miejscach. Nawet w takich, gdzie nikt nie przestrzega prawa pracy, nawet w takich, gdzie pracują dzieci, ale nikt nigdy nie doprowadził do takiego buntu załogi. I to z jakiego powodu! Kradzież jedzenia! Chapeau bas! We Francji też mamy biuro. Początkowo nie chciałem cię obserwować, ale widzisz, to takie dziwne miejsce, że ściany mają uszy. Widzisz, muszę powiedzieć, że jestem w jakiś sposób twoim dłużnikiem.

Pomogłeś mi i za to jestem ci wdzięczny, i tylko dlatego z tobą rozmawiam. Widzisz, mam reputację człowieka skutecznego, tylko dzięki temu udało mi się utrzymać na tym stanowisku tak długo i tylko dzięki temu dalej robię to, co robię. Dlatego mam propozycję – oddasz mi wszystkie materiały, które masz od Klupsia, zniszczysz wszystkie kopie i pożegnamy się. Wrócisz do pracy, dostaniesz ogromną premię, bardzo wysoką podwyżkę i będziesz miał przyjaciela i dłużnika w mojej osobie. Krzywda ci się nie stanie.

            – A jak nie? – zapytałem Rossa. 

            – Nie lubię tak stawiać sprawy. Sprawia to wrażenie, że ci grożę, że jestem jakimś wysłannikiem śmierci albo cholera wie kim. Ja jestem pracownikiem tej samej firmy, co ty, jesteśmy kolegami z pracy. I ja, jako starszy kolega z pracy, daję ci radę. Nazwijmy to mentoringiem. 

            – Nie lubię tego słowa – odpowiedziałem. 

            – Rozumiem cię, słowo to jest nadużywane, zgadzam się. Powiedzmy, że nasza firma uruchomiła nowy program rozwoju pracowników, spotkanie z przedstawicielami najwyższych szczebli zarządczych. Takie doradztwo, rozmowa o przyszłości. Jako jeden z naszych najlepszych pracowników, otrzymałeś możliwość tego spotkania jako pierwszy. I to spotkanie właśnie się odbywa i ja raz jeszcze daję ci radę: oddasz mi materiały, zniszczysz wszystkie kopie i zapominamy o sprawie. Podpiszesz tylko jeszcze pewien dokument, klauzulę poufności i wrócimy do pracy. Może nawet pójdziemy na piwo! Uwielbiam przyjeżdżać do tego kraju! On się niesamowicie rozwinął, miasto tętni życiem, ludzie są otwarci i tacy młodzi! Ech. Zawsze się cieszę, gdy tylko dowiaduję się, że lecę do Polski. Aha, jeśli się nie zgodzisz, to znikniesz. Rozpłyniesz się. Położysz się spać na trochę dłużej niż zwykle. Na zawsze. Interes twojego kuzyna w Krakowie też upadnie, a twoi rodzice… no cóż, im nic nie będziemy robić, życie z myślami o zaginionym synu będzie wystarczającym ciosem. Pewnie umrą z rozpaczy dość szybko. Nie wierzysz mi, że to zrobię? Jak myślisz, czym się zajmuję, tak naprawdę? 

– Usuwasz problemy.

 – Coraz bardziej mi się podobasz.

Filip Wolny „Zapiski z doskonałego życia” – fragment XIII ostatni

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przewiń do góry